Początki oratorium

Od samego dzieciństwa, Ks. Bosko zrozumiał, że aby móc przyprowadzić inne dzieci do Boga, powinien nie tylko proponować im wspólną modlitwę, ale także zajęcia, które lubią i na które czekają. Na podwórko swojego domu spraszał sąsiadów, by razem mogli się bawić, uczestniczyć w jego występach żonglerskich, słuchać rozmaitych historii w długie zimowe wieczory. Na końcu spotkania zawsze była wspólna modlitwa, a młody Janek często powtarzał wszystkim niedzielne kazanie księdza. Tak rodziło się to, co później nazwał Oratorium.

Oficjalnie Oratorium narodziło się 8 grudnia 1841 r. w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP, kiedy ks. Jan Bosko spotkał Bartłomieja Garelli w zakrystii kościoła Św. Franciszka z Asyżu: zapoznali się obaj, chwilę porozmawiali i ksiądz przeprowadził krótką katechezę. W następną niedzielę już było 5 chłopaków, którzy przyszli szukać „tego wesołego księdza” i pobyć z nim. Już po 4 latach w życiu Oratorium uczestniczyło 250-300 chłopców.

To typowa działalność salezjanów z dziećmi i młodzieżą na całym świecie. Oratorium nie jest budynkiem, ale przede wszystkim każdą działalnością sprzyjającą wszechstronnemu wychowaniu dzieci i młodzieży, owocnemu wykorzystaniu wolnego czasu, kształtując w duchu chrześcijańskim i duszę, i ciało.

Ksiądz Bosko tak wspominał, moment rozpoczęcia tego wielkiego dzieła:

W święto Niepokalanego Poczęcia Maryi (8 grudnia 1841 roku)ubierałem się właśnie, by odprawić o wyznaczonej godzinie Msze świętą, gdy zakrystian, Józef Comotti, zawołał stojącego w kącie chłopca, by służył mi do Mszy.

– Kiedy nie potrafię – odpowiedział ze wstydem.

– Chodź, będziesz służył do Mszy – nalegał zakrystian.

– Ale kiedy nie potrafię, nigdy tego nie robiłem.

– Jesteś osioł! – rozzłościł się zakrystian. – Jeśli nie potrafisz służyć do Mszy, to po co przychodzisz do zakrystii? – Wściekły chwycił biednego chłopaka, który wziął nogi za pas. Krzyknąłem do zakrystiana:

– Co tez pan najlepszego robi? Dlaczego pan bije tego chłopca? Co złego zrobił?

– Przychodzi do zakrystii, a nie potrafi nawet służyć do Mszy!

– I to jest powód do bicia?

– A co to księdza obchodzi?

– Obchodzi, bo to mój przyjaciel. Proszę go natychmiast zawołać z powrotem, bo muszę z nim pomówić.

„Moja matka nie żyje”

Zakrystian pobiegł za chłopcem, dogonił go, jakoś go uspokoił i przyprowadził z powrotem do mnie. Cały drżący i upokorzony patrzał na mnie. Zapytałem serdecznie:

– A słuchałeś już Mszy?

– Nie.

– No to chodź, posłuchasz. A potem porozmawiamy o czymś, co sprawi ci przyjemność.

Obiecał, że zostanie na Mszy. Chciałem wymazać z jego pamięci razy, jakie otrzymał i złe wrażenie, jakie musiał mieć o księżach z tego kościoła. Odprawiłem msze, odmówiłem modlitwy dziękczynne, a potem wziąłem chłopca do kaplicy. Przede wszystkim zapewniłem go, ze nikt już nie podniesie na niego reki, a potem zapytałem:

– Jak się nazywasz, mój mały przyjacielu?

Bartlomiej Garelli.

– Skąd jesteś?

– Z Asti.

– Masz ojca?

– Nie, umarł.

– A mamę?

– Tez nie żyje.

– Ile masz lat?

– Szesnaście.

– Potrafisz czytać i pisać?

– Nic nie potrafię.

– Byłeś u pierwszej Komunii?

– Jeszcze nie.

– A u spowiedzi?

– Tak, jak byłem mały.

– A na religie chodzisz?

– Nie mam odwagi.

– Dlaczego?

– Bo młodsi chłopcy potrafią odpowiadać na pytania, a ja jestem taki duży i nic nie umiem. Wstyd mi.

– A gdybym uczył Cię katechizmu, przychodziłbyś?

– Bardzo chętnie.

– Nawet tutaj?

– Byleby tylko mnie nie bili.

– Nie bój się, nikt Cię nie będzie bil. Teraz jesteś moim przyjacielem, wiec muszą Cię szanować. Kiedy chcesz, byśmy zaczęli nasz katechizm?

– Kiedy ksiądz chce.

– Dziś wieczorem.

– Dobrze.

– A gdyby tak zaraz?

– Chętnie.

Wszystko zaczęło się od lekcji katechizmu

Wstałem i na początek przeżegnałem się. Zauważyłem jednak, że Bartłomiej nie zrobił tego, bo nie pamiętał, jak się robi znak krzyża. Na tej pierwszej lekcji katechizmu nauczyłem go zatem znaku krzyża i mówiłem mu o Bogu Stwórcy i o tym, dlaczego Bóg nas stworzył. Nie miał dobrej pamięci, ale dzięki wytrwałości i uwadze w ciągu już paru lekcji nauczył się, czego potrzeba, by odprawić dobrą spowiedź, a potem przyjąć Komunie. Wkrótce dołączyli do niego inni chłopcy. Tej zimy zebrałem także paru dorosłych, którzy potrzebowali dostosowanych do ich wieku lekcji katechizmu. Wciąż miałem na myśli przede wszystkim  tych, którzy wychodzili z wiezienia. Namacalnie przekonałem się, że jeśli znajdą na wolności przyjaciela, który się nimi zajmie, będzie z nimi w świąteczne dni, znajdzie im prace u uczciwego pracodawcy i odwiedzi ich czasem w ciągu tygodnia, to zapomną o przeszłości i zaczną porządne życie. Staną się uczciwymi obywatelami i dobrymi chrześcijanami.

Taki był początek naszego Oratorium, które dzięki Pańskiemu błogosławieństwu rozrósł się tak, jak bym się tego nigdy nie spodziewał.

Ks. Jan Bosko